Kiedyś, ładnych parę lat temu przypadkowo natknąłem się w telewizji na coś dziwnego. Włączyłem telewizor w połowie odcinka. Po ekranie miotały się dziwne postaci, na początku trudno było się w ogóle połapać, o co w tym wszystkim chodzi.
Kiedy chwilę później zaczął się drugi odcinek, wiedziałem już, że to, co oglądam, jest serialem i nosi tytuł Biuro (The Office). Nie wiedziałem natomiast, że właśnie wpadłem - a raczej dałem się podstępem wciągnąć na długie godziny.
Biuro - wersja brytyjska
Oryginalną wersję, którą widziałem jako pierwszą, zrobili Brytyjczy. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że nacja ta osiągnęła mistrzostwo w dziedzinie komedii, a szczególnie humoru absurdalnego i abstrakcyjnego.
Biuro to po prostu układy międzyludzkie, przełożeni, podwładni, praca, firma - wszystko to pokazane w krzywym zwierciadle, a do tego w konwencji filmu dokumentalnego... pomysł prosty i w swojej prostocie absolutnie genialny! Puubliczność i krytycy byli zachwyceni - Biuro zyskało wielką popularność i zdobyło całą masę nagród (m.in. Złote Globy).
Brytyjska wersja Biura, poza tym, że oryginalna, jest też bez wątpienia bardziej subtelna i mniej oczywista. Z tego powodu ma chyba tyle samo zwolenników co przeciwników.
Potem powstały wersje: niemiecka, francuska, chilijska (!) i przede wszystkim amerykańska. Na całe szczęście - znając możliwości naszych scenarzystów - nikt nie podjął się stworzenia polskiego Biura.
Biuro - wersja amerykańska
Wersja amerykańska Biura, jak można było się spodziewać, podbiła przede wszystkim serca Amerykanów. Nie da się ukryć, że w wydaniu zza oceanu jest to serial zupełnie inny.
Sam nie jestem w stanie stwierdzić, którą wersję lubię bardziej. Każda z nich ma w sobie inny urok. Jeśli miałbym coś doradzać to tylko jedno: najpierw lepiej obejrzeń wydanie brytyjskie.