Pierwszy dzień w pracy i ten straszny stres
Pamiętam swój pierwszy dzień w pierwszej pracy. Poza maturą, obroną pracy magisterskiej i kilkoma osobistymi wydarzeniami - zdecydowanie najbardziej stresująca sytuacja w życiu. Nowe otoczenie, nowa kultura, nowi ludzie, a w środku tego wszystkiego biedny, zagubiony człowieczek. Jestem ciekawy, jak wtedy wyglądałem...
Teraz wspominam to z uśmiechem na twarzy, ale pamiętam, że wtedy czułem się nietęgo. Oczywiście, rano wyjechałem zdecydowanie za wcześnie. Siedziałem sobie potem w parku niedalego firmy i odliczałem minuty. Patrzyłem na przechodniów i zastanawiałem się, którzy z nich będą ze mną pracowali. W ogóle miałem poczucie, że zaczyna się w moim życiu coś zupełnie, niesamowicie nowego.
Kiedy wybiła właściwa (czarna ;) ) godzina, niepewnym krokiem wszedłem do siedziby i przedstawiłem się w recepcji. Kazali mi czekać, aż zejdzie po mnie mój bezpośredni przełożony. Oczywiście okazało się, że przyszedłem o pół godziny za wcześnie - do dziś nie wiem, czy to moja pomyłka, czy po prostu szef źle zapamiętał umówioną godzinę.
No a potem całodzienny hardkor. Zaczęło się od obejścia całej firmy i przedstawiania mnie wszystkim. Może ze trzy imiona zapamiętałem. Potem wprowadzenie do mojego pokoju, w którym siedziało jeszcze parę osób. Jak mam się zachowywać? Co mam mówić? Czy w ogóle się odzywać? Kto siedzi koło mnie? Potem cała seria spotkań, szkoleń itd. Olaboga. Po prostu jedna wielka panika.
Pod koniec dnia czułem się, jakbym co najmniej z osiemnaście godzin nosił worki z cementem po budowie. I ta przerażająca myśl, że tak ma być do końca tygodnia, potem miesiąca, roku itd. Oczywiście, ostatecznie okazało się, że taki magiel czułem tylko przez pierwsze pare dni. Potem oswoiłem się z robotą, poznałem ludzi, zacząłem sobie jako tako radzić. Były oczywiście momenty stresujące (pierwsze wystąpienia publiczne, jakieś spotkania, zebrania itd.), ale to przecież normalne.
Po mnie do pracy przychodzili następni. Większość zachowywała się dokładnie tak samo jak ja. Na początku panika, spięcie, stres, a potem stopniowo normalizacja. Z boku wygląda to czasem śmiesznie, czasem dziwnie - ale chyba każdy tak naprawdę położenie biednego nowego nieszczęśnika rozumie. Ludzie zresztą byli dla mnie przez cały czas raczej życzliwi, może kierowała nimi ciekawość (o, nowy, trzeba z nim pogadać, zobaczyć, co to za jeden)... w każdym razie o wojskowej fali mowy nie było.
Z perspektywy czasu trudno mi właściwie oceniać i doradzać, co zrobić, żeby pokonać stres w nowej pracy. Na pewno w każdym kolejnym miejscu pracy jest łatwiej, chociaż wiem, że to dość słabe pocieszenie. Poza tym, warto chyba pamiętać, że cała ta sytuacja to coś zupełnie standardowego, każdy to przechodzi i nie ma sensu robić z tego końca świata. No i najważniejsza chyba kwestia - na początku na pewno nie warto przeginać ze zwracaniem na siebie uwagi, narzucaniem się innym, robieniem "dobrego" wrażenia na siłę. Przez pierwsze pare dni chyba lepiej trochę się "przyczaić", tzn. zorientować się, jakie w firmie panują zwyczaje, jak ludzie ze sobą rozmawiają, jak wygląda współpraca z przełożonymi itd. Taka taktyka ułatwia płynne wejście w pracę i pozwala uniknąć różnych gaf, a przynajmniej zachowań, które mogłyby być źle odebrane przez otoczenie.
|
|