Praca w ochronie

Ochroniarze, a fachowo „pracownicy ochrony” nie mają ostatnio najlepszej prasy. A to pobili nastolatków przez supermarketem, a to przegonili kupców z KDT, a to uciekali po pijaku przed policją.

Dla większości osób praca w ochronie to raczej konieczność, a nie spełnienie marzeń. Wąska grupka pasjonatów traktuję fuchę ochroniarza jako hobby, ewentualnie jako przystanek przed przejściem do bardziej perspektywicznego zawodu (np. w służbach mundurowych).

Nie najlepsza prasa, jaką bez wątpienia mają ochroniarze, wynika najprawdopodobniej z dwóch przyczyn. Po pierwsze, charakter ich pracy rodzi konflikty – to oczywiste, że co jakiś czas na ochronę ktoś będzie się skarżył. Po drugie, w ochronie pracuje cała masa ludzi niekompetentnych, źle przeszkolonych i tragicznie zarządzanych.

W gazetach i w Internecie roi się od relacji osób poszkodowanych lub będących świadkami niewłaściwego zachowania pracowników ochrony. Osobiście nie miałem jakichś traumatycznych doświadczeń z ochroną. Ba! Na własnym wieczorze kawalerskim zdarzyło mi się wznieść kilka toastów z groźnie wyglądającymi „miśkami” w jednym z warszawskich klubów (fakt, że potem „miśki” raczyły przy wyjściu walnąć w twarz jednego z moich kolegów).

Ostatnio za to byłem świadkiem sytuacji dość niecodziennej. Miałem niekwestionowaną przyjemność odwiedzenia publicznej toalety niedaleko Starego Miasta. Bród smród itd., ale ochroniarz trzymał fason. Wrzeszczał, używając samych przekleństw do jakiegoś dziadka, który za długo siedział w kabinie. Bo wziął go za lumpa, który się zatrzasnął i zasnął. Dziadek na to, ze stoickim spokojem i filozoficznym zacięciem rzekł: „cholera, nawet wysrać się nie można”.

O pracy na poważnie