Romans w pracy
Stara, zawsze aktualna zasada głosi, że praca to nie miejsce na amory. Po prostu, prędzej czy później wszelkie biurowe romanse kończą się raczej źle, a z całą pewnością cierpi na tym sama praca (jak tu myśleć o np. takich podatkach, kiedy dwa biurka dalej siedzi "moja żabcia"? ;) ).
Niektórzy pracodawcy mają wręcz wewnętrzne uregulowania, które zabraniają pracownikom jakichkolwiek bliskich kontaktów osobistych (różne no-dating policies itd.). Co zrozumiałe, szczególnie niechętnie patrzy się na romanse pomiędzy przełożonym a podwładnym.
Tyle teoria. Jak jest w praktyce? Cóż, pominiemy to, co dzieje się na wyjazdach integracyjnych, bo wybryki pijanych hord uwolnionych z biura na parę dni trudno nazwać romansami ;). A tak zupełnie na serio, to w rzeczywistości trudno oczekiwać, żeby normalne ludzkie uczucia dało się po prostu wyłączyć takim czy innym przepisem.
Ludzie w pracy spędzają bardzo dużo czasu i nierzadko znajomości biurowe są dla nich jedyną możliwością na to, żeby sobie kogoś znaleźć. Poza tym, miłość przecież nie wybiera...
Najciekawszym przykładem z mojej historii był pewien szef pewnej niedużej firmy. Bardzo krzywo patrzył nawet na niewinne flirty pomiędzy pracownikami. Do czasu aż... uwiodła go jego sekretarka. Są dzisiaj małżeństwem, żona z sekretarki awansowała na wiceprezesową i w ogóle wszyscy są szczęśliwi. Aha, szef na jej pierwotne stanowisko ściągnął... faceta. Widocznie żona obawiała się, że historia może się powtórzyć...
|
|