Śmieszna rozmowa kwalifikacyjna

A właściwie może nie tyle śmieszna, co nietypowa. Z reguły rozmowy kwalifikacyjne, czy raczej całe procesy rekrutacji, kojarzą się z prostą konwencją – człowiek stara się o pracę, a pracodawca może sobie przebierać w zgłoszeniach, odrzucać kandydatów z byle powodu itd.

W rzeczywistości bardzo często jest zupełnie inaczej. Powyższy sposób rekrutacji obowiązuje oczywiście na stanowiskach, przy których nie trzeba mieć szczególnie sprecyzowanych kwalifikacji. Tam, gdzie jest dużo chętnych, którzy w dodatku w miarę się nadają, pracodawcy dyktują warunki. W ostatnim czasie, najczęściej tak właśnie się dzieje, głównie z powodu kryzysu (u nas wcale nie takiego strasznego).

Jednak wiara w to, że to pracodawca zawsze „rządzi”, jest po prostu naiwna. Umowa o pracę ma przecież charakter dwustronny – dwie strony ustalają w ten czy inny sposób, na jakich warunkach chcą mieć ze sobą do czynienia.

Kiedy bezrobocie spada, pracodawcy bardziej cenią pracowników – nie tylko tych najlepszych i najcenniejszych. Istnieją też branże, w których dobry specjalista zawsze znajdzie pracę i zawsze może liczyć na przyzwoitą płacę. Odbija się to oczywiście na tym, jak wyglądają rozmowy kwalifikacyjne.

Na wysoko wykwalifikowanych pracowników polują headhunterzy. Nie docierają oni jednak wszędzie, szczególnie do specjalistów niższego i średniego szczebla. A przecież bardzo wielu ludzi już tuż po studiach może zaoferować pracodawcy wiele (choć jest to z pewnością zjawisko nietypowe dla naszego rynku pracy).

I właśnie dzięki takim ludziom często zdarzają się bardzo nietypowe, wręcz zabawne rozmowy kwalifikacyjne. Sam kiedyś, posiadając już bardzo konkretne doświadczenie w pewnej wąskiej dziedzinie, wybrałem się na ciekawą rozmowę. Umówiona była z dużym wyprzedzeniem, w tak zwanym „międzyczasie” znalazłem dużo ciekawszą propozycję, ale z czystej ciekawości nie chciałem tej pierwszej rozmowy odwoływać (może okazałoby się, że oferują jakieś cuda…).

Oczywiście, na rozmowie nie dałem po sobie poznać, że zależy mi na tej robocie raczej średnio. Postanowiłem podejść do sprawy maksymalnie profesjonalnie – tzn. dość jasno przedstawiałem, jaka praca mnie interesuje i dopytywałem się, czy na oferowanym stanowisku będę mógł moje oczekiwania spełnić. Po raz pierwszy miałem okazję w takiej sytuacji naprawdę rozmawiać i negocjować na zasadach partnerskich. Fajne uczucie.

Rozmowa skończyła się ustaleniem dość nietypowym: to ja miałem się zastanowić, czy intersuje mnie ta praca i skontaktować się z pracodawcą. Po dwóch tygodniach zadzwoniłem i uprzejmie podziękowałem.

Nie było w tym nic dziwnego, nawet niespecjalnie bym o całej sprawie pamiętał, gdyby nie reakcja niektórych moich znajomych na całą sprawę. Po wysłuchaniu relacji niektórzy robili wielkie oczy i dziwili się: jak to? jak można tak zrobić? no jak? Pełne zaskoczenie. Po pociągnięciu tematu zwykle okazywało się, że dla tych ludzi rozmowa kwalifikacyjna to ubieganie się o pracę za wszelką cenę, zapewnianie pracodawcy o swoim bezgranicznym pragnieniu pracy koniecznie na tym stanowisku, klepanie nudnych regułek z poradników rekrutacyjnych…

Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że starając się o pracę, mamy prawo, a wręcz obowiązek zachowywać się jak dorosły człowiek świadomy swoich oczekiwań, umiejętności, wad i zalet? Przecież to jasne, że nigdy nie znajdziemy dobrej pracy na stałe – ściemniając, wygadując głupoty, czy wreszcie płaszcząc się przed rekrutującym.

Opisywana przeze mnie rozmowa według mnie wcale nie była ani śmieszna, ani nietypowa. Według niektórych moich znajomych – jak najbardziej. Niektórzy do dziś wspominają ją jako anegdotę, gratulują mi wyjątkowej odwagi. Zupełnie bez sensu.

Szukam pracy